Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

sabat, abat czy dezaprobat?

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
ulala, z pół gieta było
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
no w pyte, słuchajcie
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
wszystko co robi serek wiejski z mózgu, głównie psychodeliki

raporty solventsmellover

sabat, abat czy dezaprobat?

Zbliżałem się do ślęży, siedząc w przepełnionym autobusie ludźmi, uzbrajam się w poważnie, wręcz samobójczo nabitą lufkę i wypalam całość na pierwszym lepszym znalezionym placu zabaw- po wyjściu z pojazdu, nie zostało mi nic więcej jak tylko doczłapać się na szczyt.

Ściągam obrzydliwą, jednorazową maskę na której osiadło coś żółtego i wyschło, zapewne któryś raz z kolei, niewyobrażalna ulga która przed zarazą była zarezerwowana jedynie dla kobiet zmagających się cały dzień z fiszbinem, chowam kurtkę w plecak i zajmuję się resztą manualnych czynności aby na chwilę odwrócić uwagę od startującego w mojej głowie pociągu, psychodela odcinek 1413 proszę wsiadać.

To niezbyt miłe uczucie, powoduje że mój rój pszczół którym są myśli szaleje, na moment żadna nie wylatuje z ula, do czasu aż mój umysł napotyka przeszkodę w postaci rozwidlenia, zatem jedna z nich wylatuje koślawo ale jednak i jest jakaś taka cała spocona, przekazuje mi niezwykle ważną informację, iż kolor za którym mam podążać jest żółty, po czym umiera śmiercią tragiczną, bo tak się przecież dzieje mając do czynienia z tak katastrofalną substancją jak tetrahydrokannabinol.

Mijają mnie bardzo pośpieszni ludzie, idę trochę wolniej zastanawiając się nad działaniem stymulującym walców chopinowskich, lecz jednak zostawiam fortepian na później, gdyż Chopin w moim przypadku jest tym gościem który gra na sam koniec imprezy, dlatego włączam Anne von Hazelhof, dokładnie w tym samym momencie w którym dowiedziałem się o brutalnej prawdzie, obnażającej bezsens marynistyki suchego lądu, siadam na ziemi i czekam na bodziec który natchnie mnie do dalszego dziarskiego spacerowanka ale nasz biedny panicz artysta się załamał dynamizmem z jakim raczył się ostatnią lufką.

W międzyczasie przebiegło jeszcze kilku, tutejszych entuzjastów używania nóg w zgodzie ze swoimi prokrastynacyjnymi wyrzutami sumienia, albo w zgodzie z samym sobą gdyż tak samo jak ja zapominają o swoich zobowiązaniach, wobec czego dodał mi odwagi fakt że mam swoje fikuśne lennonki, które ochronią mnie przed pogardliwym spojrzeniem biegaczy, dlatego idę dalej, naprzód, bez obaw że wyglądam jakoś podejrzliwiej, choć sam przed sobą mam cały zapas domniemań i insynuacji, mam gigantyczny wisior powiedzmy szamański, na szyi, dziwny długi sweter i oczy w kolorze komunistycznym, ale czy oni sami nie byli nigdy młodzi?

W najlepsze mija mi teraz czas, omijam trochę za wolnych ode mnie NPC, aby wyprzedzili mnie podczas nabijania lufci, tylko i wyłącznie po to aby ponownie wyprzedził ich parowóz, karmiąc ich nozdrza dyskretnym acz tajemniczym urokiem burżuazji, urok który doprowadzam do wieżycy, gdzie nieopodal robię power sit’a i obserwuje przyrodę.

Przedwiośnie to chyba moja ulubiona pora roku, energetyzuje jeszcze mocniej niżeli sama wiosna, jakby tylko cieszył nas fakt że będzie lepiej, a gdy już jest te mistyczne lepiej, czekamy na następne, dlatego też od początku wojażu nabijam lufę za lufą jak zwierz, dzikie orgie roju pszczół ulegają lubieżnemu renesansowi, własnej wszechświadomości i wprowadzają komunizm, czuję się jak przechodzi przeze mnie zapomniane, elektryczne uczucie, które doprowadziło do kosmicznego deja vu, przypominam sobie mnie, romantyka z przeszłości, który leczył się zamiejskim landszaftem codziennie, aby z niezwykłą delikatnością przejść z głębokiej depresji w pyszną melancholie, która potrafi być doskonałym olejem napędowym każdego twórcy.

Nie chcę przepatosować tej chwili, co jednak dzieje się mimowolnie, patrzę się na słońce i czuję ogromną miłość, pozwala mi to na chwilę zapomnieć o obowiązkach zbiorowej halucynacji objawiającej się wykonywaniem czynności przymusowych i monotonnych, zapominam o walce o swój byt, o despotycznych gębach, zarazie, dystansie społecznym, szkole, zapominam nawet o ciężkości mojego krzyża, pod którym zrobiłem biwak, jednak nie robi to obecnie na mnie wielkiego wrażenia, nie myślę w zasadzie o niczym, jestem na krótką, słodką chwilę jak Camille Monet, rozpuszczam się nieco subtelniej w sztukę, ona mnie przenika a ja jestem nią, w takich momentach ta granica się zaciera, świat traci kontur i nabiera metaforycznie puentylistycznej faktury, to chyba ta chwila za która tak długo tęskniłem, walczę o infantylizm uczuć, jak o coś wysoce niedostępnego, liczę jedynie że znajdę jego przedsmak i chyba znalazłem, niewątpliwie marzy mi się, aby został na stałe, doskonały nektar bogów o jakim chyba wspomniałem, waniliowy olej napędowy.

No to może na drugie płuco? Czerwony pociąg psychodelii jadący prosto na Berlin, zaprowadził mnie wyżej, z każdym krokiem docieram na kolejne piętra, flory górskiej, natura robiła się dziksza, łącznie z samą pogodą bo zaczęło padać, powodując nieskromny blamaż, którego skutki obserwowałem na smutnych twarzach spacerkowiczów, być może stracili już przywileje młodości i cieszenie się deszczem jest już faux pas, wierząc uparcie że tak nie jest, zauważyłem rzeźbę niedźwiedzia, któremu nie tak dawno ktoś narysował uśmiech, sztuka powinna korespondować ze sobą, niestety opiekuni rzeźb kultowych w swojej wielce konserwatywnej chwalę uznali, że niekoniecznie musi tak być, ich strata, obok była również niebinarna rzeźba panny z rybą o ewidentnie męskich proporcjach, co nijak pasuje do poprzednich tradycyjnych wartości ale i tak ubawiłem się tym widokiem po same kule, witchy bitchy nastrój pomógł mi ignorować coraz gorszą pogodę, wręcz cały wylewający się mrok zadziałał na mnie hipnotycznie, co uroczo łączyło się z moim zjaraniem się jak prosiaczek, stan pogody i ducha wszedł pogańskim sposobem w symbiozę, kolory nabrały dzikiego kontrastu, mech i ostatki śniegu najmocniej przyciągały uwagę, zaburzając powstały walor, mniej więcej rok temu czułem podobny stan odwiedzając rudawski zamek bolców, nie mogłem przejść obojętnie przed takim wydarzeniem, musiałem wyjarać tłustą, ociekającą łojem lufę, która nie miała być w pierwotnym założeniu sekretnym, samotnym wilkiem, a sekretnym dlatego że towarzyszyła mi paczka ludzi którzy od początku do końca eskapady nie mieli w interesie być nietrzeźwi, doprawdy żałosne, czułem się wielce osamotniony z moją dziką chęcią kręcenia psychodelii, ponieważ moi kochani towarzysze wybrali bardzo niefortunne określenie, gdzie poprawnym jest nadtrzeźwi, stąd też jest to samotny, a dlaczego wilk?

Cóż, podejrzewam że nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie samemu szczerze na to pytanie, odpowiedź może być zbyt wstydliwa, nie mniej jednak zjarałem się tego pamiętnego dnia dość lubieżnie, na tyle że sam wielki ród bolców zapewne przyklasnąłby mi gromko gdybym kilkaset lat wcześniej, odwiedził ich w ten sam sposób, do czasu aż opróżniłbym ich zapasy żywności.

Nie powiedziałem ani słowa, z wzajemnością, jakby czuli nieopisaną mocą że interakcja ze mną równa się fraktal, idąc z nimi czułem ogromny niepokój że ktoś jednak będzie na tyle odważny i przerwie ten marazm, szczęśliwie tak się jednak nie stało a ja w swojej głowie kręciłem niesamowitą psychodelę, która kręciła się tak szybko jak poseksualny nadmiar dopaminy, wyrażony kręcącą się na dłoni, jak helikopter, prezerwatywą, słowem uzupełnienia kolory tego dnia były nasycone jak farby prosto z tubki, a bathory który leciał wtedy w tle brzmiał jak ekipa remontowo budowlana, nie różni się to skrajnie od dnia dzisiejszego, tą różnicą że jestem sam, nie ma przyjaciół, nie ma problemu, idąc zjarany na szczyt góry możesz mieć tyle przyjaciół ile tylko zapragniesz, a jeśli się postarasz możesz nawet porozmawiać z drzewami, wszystko jest kwestią odpowiedniego nastawienia którego akurat mi nie brakowało.

Drzewa dookoła, nie okazały się entami bo jak na złość nie upaliłem się tak mocno, zdradzały emocje, lecz w bardziej romantyczny sposób, jakby w obecnym stanie czuję namacalnej uniwersalny język świata, urocze, jakby każdy element naszej halucynacji dążył do emocji, wszystko dąży do emocji, nieświadomie odgrywając rolę w samorozwijającej się teatralnej sztuce, otaczające mnie strzeliste drzewa stały się na moment pomnikiem tej myśli, wyrażały silną, błagalną pozę, rozciągały połamane ramiona jak najwyżej, chcąc objąć całym sobą niedostępną namiętność, dla której poświęciły całe swoje skupienie, stężone w jednym kształcie, który podniecał ludzi w bliźniaczy sposób, mogę jedynie zakładać że idę szlakiem człowieka przechodzącego przez kryzys wieku średniego, liczącego sobie mniej więcej 22 wiosen, który uciekł sobie w krzaki z garścią łysiczek, przed ludźmi w dziwnych strojach, mówiących łamaną łaciną, tak samo jak on zbliżam się do szczytu, mijam kościół który triumfalnie szczytował pomiędzy okolicznymi drzewami, kiedyś był drewniany ale piorun zrobił z niego paździerz, więc wybudowali kamienny symbol triumfu nad romantyzmem, jakby wcale nie zdawali sobie sprawy z prozaicznego paradoksu romantyzmu, walka z nim buduje fundamenty pod całkowicie nowy strumień myśli, rój pszczółek staję się gęstszy z każdą nowszą falą, zwieńczam spacer wejściem na wieżę widokową, natura stała się jeszcze dziksza, jak etiudy transcendentalne Liszta, spotkałem się ze sztuką twarzą w twarz, tylko po to aby lateksowy helikopter odleciał i rozbił się dramatycznie o ścianę, powstała breja, nakazała mi zawrócić, nie czuję już nic poza zmęczeniem i bez sensem mojej wycieczki, tak bardzo chciałbym wierzyć że to było coś więcej niż wyrzut hormonów szczęścia.

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
22 lat
Set and setting: 
no w pyte, słuchajcie
Ocena: 
Doświadczenie: 
wszystko co robi serek wiejski z mózgu, głównie psychodeliki
natura: 
Dawkowanie: 
ulala, z pół gieta było

Odpowiedzi

Potułał sie, powędrował i zbiegł, grafoman jeden

Piękny bełkot xD może jest to jakaś dziwna forma wyrażania emocji, której nie potrafię zrozumieć, bo za mało ćpiem, a może zwykłe używanie ładnych słów, żeby wyglądało ładnie, a wyszło jak zwykle- czytelnik niewiele rozumie. Miałem kiedyś podobny problem, akurat w czasach mocnego oderwania od rzeczywistości, więc taka rada mała- pisz bardziej zrozumiale, jak chcesz być zrozumiany. Nie piszę tego złośliwie jak coś. Trzym się :v

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

No, przekombinowane, aż nieprzyjemnie się czytało.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2021
design: Metta Media